Yes, we can!

25 marca 2018

Pana Andrzeja poznałam przed czterema laty. Trafił do mnie w wieku 35 lat z powodu nadciśnienia tętniczego. Prowadził swoją firmę, żył szybko, palił paczkę papierosów dziennie, jadał nieregularnie, wieczorami odstresowywał się przy piwie i telewizji. Naszą przygodę z leczeniem zaczęliśmy od średnich ciśnień 160/110 mm Hg (!!!). Od roku przyjmował już leki na nadciśnienie, jednak efekt, jak widać, nie był zadowalający. Na moje pytanie, jak stara się obniżyć ciśnienie poza przyjmowaniem tabletek, najpierw zareagował dużym zdziwieniem, a następnie poinformował mnie, że aby obniżyć ciśnienie, trzeba dobrać właściwe leki – stąd jego wizyta u mnie. Nie przypuszczał, że styl życia, jaki prowadzi, jest przyczyną jego problemów. Uważał, że po prostu jest chory i potrzebne mu są tabletki.

Zaczęliśmy więc od początku. Przede wszystkim zaś od rozmowy i analizy jego codziennych zachowań, przyzwyczajeń żywieniowych (hot dogi na Orlenie, kawa i napoje energetyzujące), aktywności fizycznej (spacery na trasie dom–auto, auto–firma, auto–klient), obciążenia stresem (ZUS mnie wykończy, za godzinę muszę być w skarbówce), stosowanych używek (muszę zapalić, piwo to nie alkohol) i obciążenia genetycznego (ojciec przebył zawał serca w wieku 50 lat).

Przeprowadzone badania nie napawały optymizmem, doszła potężna hipercholesterolemia (cholesterol całkowity niemal 300 mg%!), hipertiglicerydemia i podwyższone parametry wątrobowe. Również otyłość była niezaprzeczalnym faktem (BMI: 34). Stało się jasne, że pan Andrzej jest bombą zegarową i jeśli nic się nie zmieni, to wkrótce dojdzie u niego do groźnych powikłań, takich jak zawał serca lub udar mózgu.

Długie rozmowy (a właściwie dyskusje naukowo-filozoficzne) sprawiły, że mój pacjent ostatecznie zrezygnował z koncepcji: będę brał tabletki i sprawa załatwiona. Owszem, wsparcie farmakologiczne było niezbędne, rozpoczęliśmy jednak żmudną i trudną pracę u podstaw. Skoncentrowaliśmy się na trzech głównych aspektach: zaprzestaniu palenia tytoniu, zmianie nawyków żywieniowych i zwiększeniu (a właściwie wdrożeniu) systematycznej aktywności fizycznej.

Pierwszy trening do dziś wspominamy z uśmiechem: pan Andrzej, zakupiwszy nowe adidasy i dres, postanowił przebiec na początek 5 km (wbrew moim zaleceniom, mówiłam: zaczynać od marszu na krótkich dystansach). Po minucie biegu mój bohater zasapał się tak straszliwie, że (jak dziś relacjonuje) nie wezwał pogotowia tylko dlatego, że nie zabrał ze sobą komórki. Jakże ważna była to lekcja (myślałem, że jestem młodym bogiem, a okazało się, że jestem sflaczałym papciem). I znów zaczęliśmy od początku, a powoli, stopniowo i konsekwentnie wprowadzane zmiany dzień po dniu, miesiąc po miesiącu zaczęły przynosić efekty.

Jaki dzisiaj jest pan Andrzej? Pasuje tylko jedno słowo, pan Andrzej jest… FIT. Nie przepadam za tym określeniem, ale w tym przypadku pasuje jak ulał. Pan Andrzej dwa razy w tygodniu ćwiczy na siłowni, w pozostałe dni jeździ na rowerze i jest mistrzem kompozycji sałatowo-rybnych. Nie przepada za palącym papierosy towarzystwem (nie znoszę tego smrodu), pozbył się telewizora (pożerał mi czas, wreszcie mogę sensownie odpocząć), zaczął realizować swoje pasje (nie mogę napisać jakie, obiecałam), nabrał dystansu do pracy (przestałem się spieszyć, to nic nie zmieniało). Gdy zaczynaliśmy leczenie, przyjmował trzy leki obniżające ciśnienie i jeden obniżający cholesterol. Obecnie stosuje wyłącznie lek na cholesterol w zredukowanej w stosunku do wyjściowej dawce. Ciśnienie tętnicze jest prawidłowe.

Można? Można!

PS Panie Andrzeju, dziękuję, że zgodził się Pan na opisanie swojej historii. Keep walking!

Posted in Uncategorized by admin